Sośnie Nasza Gmina Kochana blog prowadzi Roman Lulek - kontynuacja Czarnego Bociana

Wydarzenia mające miejsce w Sośniach i całej naszej gminie, mogłyby niejednokrotnie stać się kanwą scenariusza filmu Alfreda Hitchcocka. Dewizą tego twórcy było przekonanie, że film powinien rozpoczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie powinno rosnąć. W Sośniach za sprawą władz gminy jest podobnie.

Wpisy

  • niedziela, 25 lutego 2018
  • środa, 21 lutego 2018
  • wtorek, 20 lutego 2018
    • „Pałac z korka” w Mojej Woli – jak puchar przechodni

       

      Około 1974 r.

      Zima 1944/1945 była mroźna i długa. Śnieg spadł już w listopadzie i nieprzerwanie towarzyszył zmęczonej uciążliwościami wojennego życia ludności południowo-zachodnich rubieży powiatu ostrowskiego.

      Na przełomie roku, odgłosy zbliżającego się frontu stawały się z dnia na dzień coraz wyraźniejsze. Atmosfera wokół stawała się bardziej nerwowa. Docierające coraz częściej z różnych stron sygnały o okrutnym zachowaniu rozpasanych radzieckich sołdatów nie uspokajały. Po świeżo spadłym śniegu w kierunku zachodnim przez Sośnie ciągnęli od kilku dni uchodźcy oraz rozproszone oddziały Wermachtu. Jeden z nich, złożony z chłopców z Hitlerjugend, zakończył swą tułaczkę po wojennym epizodzie na leśniczówce* baronowej Agnes von Diergardt.

      Mocno zaniepokojona ludność niemiecka zamieszkująca te tereny zaczęła opuszczać swoje gospodarstwa i przemieszczać się w kierunku zachodnim. Podobnie na zbliżający się front zareagowali arystokratyczni mieszkańcy pałacu w Mojej Woli. Ze względu na niedomagającą baronową von Diergardt z wyjazdem zwlekano do ostatniej chwili.

      To był bardzo mroźny dzień. Rankiem przed korkowym pałacem zaczęła się gorączkowa krzątanina. Trwały przygotowania do pośpiesznej ewakuacji. Zmrożony śnieg chrzęścił pod nogami ładującej niezbędne pakunki służby. Z rozdętych końskich chrapów buchały kłęby pary.

      Dla mieszkańców pałacu zaprzęgnięto trzy wozy konne. Do zamkniętego lando przeniesiono chorą baronową, nad którą czuwała stara przyjaciółka, żona dawno zmarłego superintendenta Vossa oraz panna Dolly von Kuczkowski, ostatnia gospodyni i opiekunka baronowej. Na koźle usiadł polski woźnica Klainert i Natasza, córka ewakuowanej do Mojej Woli rodziny Platzów. Drugi wóz – „cygański” – powożony przez administratora Drucha, pomieścił jego rodzinę i jeszcze kilka osób. Trzecim wozem wiózł swoją rodzinę maszynista Gottschling.

      Kazimierz Węcławowicz jechał wozem skrzyniastym. Jego dwie młodsze córki z bagażami ruszyły w drogę już kilka dni wcześniej, ze swoją starszą siostrą Hubertą von Finch do miejsca, zamieszkania jej teściów w Nothnitz koło Drezna. Mała powózka Wentzlów była zajęta przez panią Klar i jeszcze jedną ewakuującą się kobietę.

      ...Po długich trudach, przemieszczając się powoli w długich kolumnach, często spychani do przydrożnych rowów przez jednostki Wermachtu, uciekinierzy z Mojej Woli dotarli do Luthrota, rodzinnej wsi gospodyni Dolly von Kuczkowski. Tam ich drogi rozeszły się. Część wozów pojechała dalej, jednak baronowa von Diergardt, bardzo już osłabiona i wycieńczona podróżą, pozostała w domu rodzinnym swej gospodyni, gdzie w ciszy i spokoju spędziła ostatnie dni swojego życia.

      Wolna Pani baronowa von Diergardt zd. von Klitzing zmarła 5 lutego 1945 roku w wieku 81 lat. Swój wieczny spokój znalazła w rodzinnym grobie Bruning Kuczkowskich w Schonthal/Sagen.*

      Taki był dramatyczny koniec ostatniej właścicielki Mojej Woli. Wytyczający drogi życiowe każdego człowieka los nie był łaskawy dla ostatnich, arystokratycznych właścicieli pałacu w Mojej Woli. Baron Daniel von Diergardt umarł będąc w podróży, w Assuanie w Egipcie. Żadnemu z nich nie było dane zamknięcie oczu we własnym łóżku, w uroczym pałacu z korka, w którym zaznali tylu dobrych chwil, przyjmowali dostojnych gości i urządzali dobroczynne rauty. Tak zakończyła się historia ostatnich właścicieli pałacu, dla których był on po prostu domem.

      Sam korkowy pałac, jedna z dwóch tego typu budowli w Europie, rozpoczął kolejny etap swego istnienia. Bezpośrednio w okresie powojennym nie uniknął odwiedzin szabrowników. Prędko jednak znalazł nowego, możnego właściciela, jakim były Lasy Państwowe. Od 1948 do 1950 roku działał w Mojej Woli Ośrodek Doskonalenia Robotników Leśnych, dla których pałac pełnił rolę hotelu robotniczego. W latach 1950 - 1952 powstało tu Technikum Leśne im. Bolesława Bieruta, które było pierwszą w historii leśnictwa szkołą dla dziewcząt. Następnie żeńskie Technikum stało się szkołą koedukacyjną. W okresie istnienia Technikum Leśnego pałac pełnił rolę internatu.

      Zadbany, zabytkowy budynek otaczał park w stylu angielskim. Jak przystało na szkołę leśną, każde rosnące na terenie parku drzewo i każdy krzew posiadał tabliczkę z polską i łacińską nazwą gatunkową.

      Pod dachem, na ścianie słabo widać wiszącą głowę słonia, ale lepiej wystające zza kolumny słoniowe kły.

      Pamiętam doskonale wiszącą na głównym tarasie pałacu głowę słonia (pamiątkę po afrykańskich polowaniach von Diergardta) oraz zakątek w parku, gdzie stały drewniane, pięknie pomalowane muchomory. Towarzyszyły im dwie podobnej wielkości figurki krasnali, którym wówczas, piszący te słowa, dorównywał wzrostem.


      „Technikum w Mojej Woli istniało do czerwca 1975 roku, kiedy to przeniesione zostało do Starego Sącza. Pałac pozostał własnością Lasów Państwowych do 2000 r., potem został przekazany gminie, a następnie sprzedany osobie prywatnej”.*

      Po wyprowadzeniu z Mojej Woli Technikum Leśnego, pałac zaczął przypominać starzejącą się baronową. Jego stan ulegał ciągłemu pogorszeniu. Ponownie pełnił rolę hotelu robotniczego, tym razem dla szkolących się w Mojej Woli pracowników leśnych - pilarzy. W 1990 roku i ta rola pałacu zakończyła się.

      Jego stan ulegał ciągłej degradacji. Nadzieje okolicznych mieszkańców, którzy zawsze z dumą prezentowali przyjezdnym oryginalną elewację budowli odżyły, kiedy obiekt został przekazany Gminie Sośnie. Niestety, ówczesny wójt do spółki z wice wójtem (obecny wójt) nie sprostali pokładanym w nich nadziejom. Dla pałacu nie zrobiono nic, ale prędko sprzedano go w prywatne ręce. Pałac przechodzi z rąk do rąk, od jednej firmy do drugiej, pełniąc rolę zastawu hipotecznego. Nikt z nim nic nie robi. Dramatyczny stan pałacu cały czas pogłębia się. Każdy patrzy, wzdycha i rozkłada ręce.

      W końcu znajduje się jeden młody człowiek, który nie tylko narzeka, ale i postanawia coś zrobić. Mateusz ze Sośni zakłada w końcu 2015 roku na Facebooku profil Ratujmy pałac myśliwski w Mojej Woli, który do tej pory zdążyło polubić 3189 osób.

      Zainicjowana przez Mateusza akcja, oprócz intensywnego klikania, przyniosła bardziej wymierny efekt. Udało się już w lutym 2016 zainteresować unikalnym pałacem myśliwskim w Mojej Woli działającą od 1995 roku Fundację Ratowania Zabytków i Pomników Przyrody z Poznania. Fundatorem i prezesem zarządu jest Karol Marczak. Na stronie fundacji www.zabytki.org pisze: misją Fundacji jest troska o miejsca historyczne, zabytki i pamiątki narodowe. Aktywnie wykorzystujemy dostępne środki, wiedzę i instrumenty dla zachowania dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego naszego kraju.

      Fundacja prowadzi obecnie 23 projekty ratowania zabytków, a Moja Wola jest jednym z nich. Projekt Moja Wola jest obecnie sztandarowym projektem Fundacji i jest na zaawansowanym etapie doprowadzenia do wywłaszczenia dotychczasowego właściciela Pałacu w Mojej Woli i przejęcia obiektu przez Starostę Ostrowskiego, albo Gminę Sośnie.

      Fundacja utrzymuje się z wolnych datków, a jej członkowie działają jako wolontariusze. Obsługa administracyjna, logistyczna i prawna projektu (ta ostatnia kosztuje najwięcej) to średnio 2000 zł na rok.

      Fundacja zajmuje się projektem Moja Wola od 2016 roku, czyli już 3 rok. Prosty rachunek wykazuje, że łącznie z tegoroczną obsługą daje to 6000 zł. Środki na wydatki za poprzednie 2 lata „pożyczono” z innych projektów. Ponieważ trzeba je zwrócić, celem jest uzbieranie 6000 zł w tym roku. Nie jest to kwota mała, jeśli chodzi o jedną lub dwie osoby. Nie namawiam bynajmniej do wpłacania kwot idących w tysiące, chociaż jeśli kogoś stać, to nie ma przeszkód. Biorąc jednak pod uwagę 3189 osób, które lubią profil Ratujmy pałac myśliwski w Mojej Woli, to gdyby każdy wpłacił chociażby po 2 złote dałoby to 6378 złotych. Pozwoliłoby to wyprowadzić na prostą budżet projektu, który dotyczy naszego pałacu! Nie śmiem nawet marzyć o tym, żeby co któraś osoba wpłaciła po 5 złotych. Dla ludzi dobrej woli rozumiejących sens i konieczność działań dla uratowania tego zabytku wskazuję miejsce, gdzie można to zrobić:

      Fundacja Ratowania Zabytków i Pomników Przyrody

      Nr konta 92 1750 0012 0000 0000 2509 8749 – w tytule wpłaty proszę wpisać „Moja Wola”. (Można zrobić darowiznę - PIT O).

      Zima 2017/2018 to wyjątkowo łagodna zima. Śniegu jest tyle, co na lekarstwo. Nawet nie ma z czego ulepić bałwana. Jest cisza, z dala nie dochodzą żadne niepokojące odgłosy. Jednak w niedzielne południe 28 stycznia 2018 roku wokół mocno podupadającego pałacu baronowej von Diergardt, podobnie jak przed ponad 70 laty, panuje dość duży ruch. Przed pałacem stoi kilka samochodów na obcych numerach. Przyjezdni oglądają wyjątkowy (podobno jeden z dwóch w Europie) pałac pokryty korkiem. Niektórzy przybysze przez zniszczone okna nawet weszli do środka. Z balkonu radośnie machają rękami do przyjaciół na dole, oczekując zdjęcia. Niektórzy „zwiedzający” wychodzą, tryumfalnie trzymając w ręku kawałek przedwojennej tapety podklejonej gazetą. Wydaje im się, że to taka fajna pamiątka. Jeszcze kilka takich odwiedzin i nawet skrawków tapet zabraknie. Zachowanie to trochę przypomina powojenny szaber.

      Nikt nawet nie zauważa lekko uśmiechającego się młodzieńca z puszką, bezgłośnie proszącego o datki. Każdy omija go zapatrzony w zabytek.

      – Jaki atrakcyjny obiekt, a i do środka można wejść za darmo – da się usłyszeć.

      W sobotę chłopak z puszką też stał przed pałacem. Udekorowanym autem podjechała radośnie uśmiechnięta para młoda. Biała suknia z welonem, szykowny garnitur. Będzie sesja zdjęciowa nowożeńców. Mnóstwo zdjęć, różne pozy, a jaka wspaniała sceneria! Widząc zadowolenie na uśmiechniętych twarzach, młodzieniec z puszką wolno podchodzi do młodej pary i mówi:

      – Reprezentuję fundację, która zbiera pieniądze na ratowanie tego zabytku - i nieśmiało podsunął puszkę.

      – A tak, tak – usłyszał. – Naprawdę ciekawy obiekt. Warto się nim zająć. My zrobimy sobie jeszcze aby kilka zdjęć i już uciekamy – oddalili się w stronę dużego tarasu.

      Ręce z puszką pomału opadły.

      Pamiętajmy, że każdy z nas rozliczając swój roczny PIT może pomóc pałacowi w Mojej Woli przekazując 1% podatku na ten cel. W PIT 28, PIT 36 oraz PIT 37 wygląda to następująco:


       W innych PITach najpewniej wygląda to podobnie. Jeżeli ktoś jeszcze się nie rozliczył i nie ma pomysłu co zrobić z 1% ze swojego PITa, to wskażmy jako adresata naszej pomocy właśnie Fundację Ratowania Zabytków i Pomników Przyrody tytuł 019. Koniecznie z dopiskiem - Moja Wola. TEN 1% NIC NAS NIE KOSZTUJE! Przecież nie każdy, kto chce pomóc pałacowi obitemu korkiem, a ma związane z nim różne przeżycia, musi przyjechać do Mojej Woli, by osobiście wrzucić datek do puszki trzymanej przez zziębnięte dłonie młodzieńca.


       

      * „Krwawy epizod na leśniczówce” opisany wcześniej na blogu www.luleksosnie.blox.pl.

      * Cytaty pochodzą ze szkicu monograficznego Jacka Światłego „Sośnie, Moja Wola”, Opole 2014.

      * http://piecufoto.blogspot.com (niestety, podawane przez "piecu" informacje nie są ścisłe i wymagają weryfikacji).

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      lulekroman
      Czas publikacji:
      wtorek, 20 lutego 2018 02:18